Książka sensacyjna
Autor: Artur Konert
"Śmierć przychodzi dwa razy"
Rozdział I (strona 2)
Wsiadł do samochodu i odjechał. Auto prowadził raczej instynktownie. W ciągu ostatnich kilku godzin wlał w siebie blisko litr wódki i z natury rzeczy trudno mu było naturalnie reagować na otoczenie. A jednak dojechał bez trudu. Policjanci w całym mieście wiedzieli, że jeździ po pijanemu. Znali jego samochód, ale nikt nie śmiał go zatrzymać. Był jak wyspa bezkarności na ulicach miasta. Kiedyś zdarzyło się, że zasnął za kierownicą w chwili oczekiwania na zielone światło. Przypadkowy patrol nie tylko nie miał do niego najmniejszych pretensji, ale jeszcze dostarczyli go do domu zostawiając w ulubionym fotelu.
Przed wejściem do mieszkania męczył się z włożeniem klucza do zamka, a gdy mu się to udało i zamknął za sobą drzwi, zdjął płaszcz, powiesił go na wieszaku w przedpokoju i poszedł do sypialni. Matylda spała. Tak mu się jednak tylko wydawało. Udawała, że śpi. Nie chciała słuchać pijackich wynurzeń męża. Ten postał przez chwilę, jakby zastanawiając się czy ją obudzić i powiedzieć, co ma do powiedzenia, ale zrezygnował. Czuł, że opuszczają go siły. Wrócił do gościnnego pokoju i runął w wielki zabytkowy fotel. Natychmiast zasnął. Po chwili w mieszkaniu zapaliło się światło. Żona Kenizta wstała z łóżka, podeszła do niego, popatrzyła z dezaprobatą, przykryła go kocem i też poszła spać.
Obudził się nagle, choć nie miał pewności, że się obudził. Był środek nocy. Najbardziej zaskoczył go fakt, że jest zupełnie trzeźwy. Nawet najmniejszych objawów kaca. Coś kazało mu wyjść z mieszkania. Założył płaszcz i nie zamykając za sobą drzwi ruszył przed siebie. Nie wiedział dokąd i po co idzie. Zatrzymał się na przystanku nocnej linii autobusowej. Gdy podjechał autokar wsiadł. Pojazd jechał gdzieś na skraj miasta. Chociaż nigdy tu nie był, to miał wrażenie, że zna tę okolicę.
- Niech pan wstaje, to już koniec, to koniec, zjeżdżam do bazy - kierowca szarpał Kenitza za ramię.