Książka sensacyjna
Autor: Artur Konert
"Śmierć przychodzi dwa razy"
Rozdział I (strona 3)
Wysiadł. Przed sobą miał stary, zaniedbany park. Potykając się o wystające korzenie szedł w kierunku zapuszczonego dworku. Jeszcze go nie widział, ale czuł, że właśnie tam musi pójść i że tam ktoś na niego czeka. Zarys budynku wyłonił się z nocy. Chociaż był zrujnowany i wydawało się, opuszczony, to na piętrze świeciło się światło. Ciepłe, migocące cieniami, takie, które jest przeciwieństwem światła żarówki, kojące.
Pchnął drzwi. Lekko zaskrzypiały i otworzyły się szeroko. Nieco zdumiony zrobił kilka kroków do przodu. Do jego nozdrzy dobiegł przeraźliwy smród. Słyszał popiskiwania szczurów, czuł jak przebiegają po jego stopach, jak obwąchują jego nogi. Zawsze bał się gryzoni, ale nie teraz. Może dlatego, że w stan osłupienia wprowadził go dźwięk fortepianu, który niespodziewanie zaczął dobiegać z piętra. To miejsce w ogóle nie pasowało do tego, aby ktoś tak pięknie grał Liszta. Ruszył w kierunku muzyki. Nie wiedział dlaczego, nie wiedział po co. Spróchniałe schody uginały się po jego ciężarem, drewno trzaskało i łamało się, a on parł w górę.
Zatrzymał się na szerokiej antresoli. Przed sobą miał lekko uchylone drzwi. Dyskretnie zajrzał do wnętrza pokoju urządzonego w starym stylu iluminowanego przez kilkadziesiąt świec. Ku swojemu ogromnemu zdumieniu ujrzał siedzącą przy fortepianie kobietę, a tuż przy niej wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę. Oboje nadzy, młodzi i piękni, byli tak ustawieni, że nie mogli dojrzeć Kenitza. On natomiast widział ich doskonale. Kobieta siedziała na zydlu, jakie zwykle są przy fortepianach. Jej towarzysz stał tuż przy niej. Słuchał muzyki, a jednocześnie pieścił ręką włosy pianistki, jej szyje, ramiona. Jego muskularne męskie ciało kontrastowało, a zarazem współgrało z delikatnym ciałem kobiety. Nagle przestała grać, wstała ze stołka i całym swym matowym ciałem wtuliła się w ukochanego, by po chwili oddać mu siebie.